12/24/2014

Rozdział Świąteczny. Wigilia w domu rodziny Hatake, a raczej próba znalezienia żaróweczek od światełek choinkowych.

               Święta Bożego Narodzenia to jedno z najpopularniejszych świąt, jakie obchodzi człowiek. Mieszkańcy wioski Konohagakure nie odchodzili od tej zasady. Mimo tego, że większość z nich wyznawała buddyzm albo shintoizm, to widok iglastego drzewka ozdobionego łańcuchami i światełkami wzbudzał radość w sercach mieszkańców osady.
            Kakashi Hatake, młody, dwudziestosześcioletni, przystojny jounin klęczał przy kartonie z ozdobami choinkowymi. Wyjął z niego wszystko – począwszy od bombek i pierników, które w zeszłym roku zrobiła jego narzeczona, aby móc powiesić je na gałązkach, przez kolorowe łańcuchy aż po sznur światełek choinkowych, którym… brakowało żarówek. Nie wszystkich, ale niektórych brakowało.
            Kakashi podrapał się po głowie, zastanawiając się, gdzie się podziały. Był pewny, że w zeszłym roku chował je do tego kartonu i był niemalże pewny, że schował go do piwnicy, którą zamknął na cztery spusty, aby czasem ktoś niepowołany nie zrobił jakiegoś psikusa.
            Schował wszystko jeszcze raz, po czym na nowo zaczął wyjmować zawartość. Może coś przeoczył? Może lampki zaplątały się w jeden z łańcuchów?
            Pokręcił głową. Gdyby tak było, wypadłyby, gdyby ten nimi potrząsał.
            Mężczyzna musiał przyznać przed samym sobą, że nie ma bladego pojęcia, gdzie one mogą być.
            Westchnął. Jedyna nadzieja była w Rani. Zawołał ją:
            - Kochanie, widziałaś gdzieś lampki choinkowe?
            Usłyszał ciche kroki dziewczyny. Po chwili Rani stanęła w progu, trzymając na rękach dziewięciomiesięcznego niemowlaka. Chłopczyk miał wielkie, czarne jak u ojca oczy i szare włosy. W dłoniach trzymał kawałek bagietki, którą wcześniej pogryzał.
            W pewnym momencie bułka wylądowała na podłodze, a chłopczyk zaczął płakać, wskazując na pieczywo, które smętnie leżało na ziemi.
            Rani chciała podnieść nieszczęsną bagietkę, ale ubiegł ją Kakashi. Otrzepał bułkę z kurzu, ale i tak został na niej brud.
            - Dada! – usłyszał głos swojego synka. Chłopczyk wyciągał tłuste rączki do ojca, a raczej w stronę bułki, którą ten trzymał.
            - Shiko… Nie możesz, nie widzisz, że jest brudne? – powiedział Kakashi, pokazując mu zanieczyszczoną bułkę. – Chcesz, żeby bolał cię brzuszek?
            Niemowlę spojrzało na niego smutno, wciąż domagając się utraconego wcześniej pokarmu. Gdy Shiko go nie otrzymał, rozpłakał się.
            Kakashi westchnął. Ten dzieciak miał niepohamowany apetyt, zupełnie jak on w jego wieku. Hatake obawiał się, co będzie później, kiedy ten podrośnie.
            Shiko płakał coraz głośniej. W końcu Kakashi wziął go od Rani na ręce i spróbował go choć trochę uspokoić. Przytulił do siebie zapłakane dziecko i zaczął je kołysać na swojej piersi.
            - Jeśli chodzi o lampki, to nie widziałam ich. Myślałam, że schowałeś je razem z pozostałymi ozdobami – powiedziała, kucając przy kartonie i na nowo zaczęła go przeszukiwać.
            - Bo chowałem je do tego kartonu. Nie mam pojęcia, gdzie one mogłyby się podziać, nic nie przychodzi mi do głowy – mruknął, idąc w kierunku kuchni. Shiko pochlipywał cichutko na jego ramieniu. Czuł, że nie dostanie kolejnego kawałka bułki.
            Kakashi posadził chłopca na dziecięcym krzesełku, sam wziął pozostałą bagietkę i ułamał odpowiedni kawałek.
            Usiadł naprzeciw krzesełka, w którym siedział Shiko, po czym oderwał kawałeczek od bułki i podał synkowi. Ten włożył go sobie do ust niemalże z namaszczeniem i zaczął żuć. Po chwili przełknął i znów poprosił Kakashi’ego o kolejny kawałeczek. Znów przeżuł i znów przełknął. Ale tym razem coś poszło nie tak. Shiko pochylił głowę, a z jego ust wydostała się treść żołądka, która częściowo wylądowała na krzesełku, bluzeczce i spodenkach chłopca.
            Kakashi widząc to, czym prędzej uniósł synka, drugą ręką chwycił papierowy ręcznik i oczyścił brudną buzię. Nie rozumiał, dlaczego Shiko zwymiotował. Do tej pory nigdy się to nie zdarzyło. Może go przekarmił?
            W tym momencie poczuł, jak kolejna porcja wymiotów ląduje na jego czystej, granatowej bluzie.
            Spojrzał na synka. Chłopczyk był blady i spocony. Coś było nie tak.
            - Rani! Chodź tutaj! – krzyknął, próbując utrzymać przelewające się przez ręce niemowlę. – Shiko jest chory!
            - Kakashi, na bogów, przysięgam, jeśli to kolejny żart, to… - usłyszał. Rani gdy tylko weszła do kuchni, zrozumiała, że jej narzeczony nie żartował. Bynajmniej nie tym razem.
            Błyskawicznie znalazła się przy synku i dotknęła czoła malca. Dziecko było całe rozpalone.
            Nie rozumiała jednak, dlaczego tak nagle chłopczyk się rozchorował. Przecież nie dalej jak pięć minut temu wszystko było z nim w porządku. A może po prostu nic nie zauważyli? Shiko był niezwykle zdrowym niemowlakiem – nie miewał kolek, nie łapał kataru, po prostu nic. No więc dlaczego teraz był w tak poważnym stanie?
            Nagle rozległo się przeraźliwe wycie. To Shiko znów zaczął płakać. Jego organizm bronił się przed chorobą. Po krótkiej chwili chłopczyk zrobił się cały czerwony. Z każdą sekundą płakał coraz głośniej.
            Jego rodzice natychmiast pojęli, że muszą z nim iść do szpitala.
            Kakashi rzucił szybkie spojrzenie Rani. Ta wybiegła z kuchni i popędziła po schodach na górę. Mężczyzna natomiast udał się do przedpokoju, gdzie na wieszaku wisiała kurtka malca i jego własna.
            Posadził wrzeszczącego chłopca na blacie stolika, po czym schylił się po butki Shiko i założył je dziecku.
            Po chwili Kakashi z synkiem na rękach stali już przy drzwiach, ubrani tak, jakby wybierali się na biegun północny.
            - Spotkamy się w szpitalu, weź tylko najpotrzebniejsze rzeczy! – krzyknął, a po chwili już go nie było.

            Pędził ośnieżonymi uliczkami wioski. Shiko wrzeszczał w niebogłosy, tuląc się do ojca. Kakashi przyciskał małego do siebie, szepcząc:
            - Wszystko będzie dobrze, mistrzu… Wszystko będzie dobrze… To pewnie tylko zwykła kolka... Będzie dobrze… - instynktownie wiedział, że to nie była „zwykła kolka”. To musiało być coś gorszego. Może rotawirus? Albo czerwonka? Albo jeszcze coś gorszego. Jeżeli Shiko był poważnie chory, to… nie, on sobie z tym nie poradzi, nie da rady. Przecież kochał małego nad życie. Był taki szczęśliwy, kiedy Rani powiedziała mu, że będą mieli dziecko. Był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, a teraz co? To szczęście mogło zostać mu odebrane bezpowrotnie.
            Czuł, że ludzie, którzy spacerowali, przyglądają się jemu – Kakashi’emu Hatake, najbardziej rozchwytywanemu jouninowi w wiosce, trzymającego na rękach niemowlę, które najprawdopodobniej było jego dzieckiem… Widział te nienawistne spojrzenia kobiet, które jeszcze rok temu zrobiłyby wszystko, aby się z nimi umówił.
            Zacisnął zęby. Miał ochotę wrzasnąć im prosto w twarz: „Odpierdolcie się ode mnie i od mojej rodziny!”, ale nie zrobił tego. Wiedział, że nie miałoby to żadnego, ale żadnego sensu. W tym momencie liczył się dla niego tylko i wyłącznie Shiko. Nikt inny. Niech myślą sobie o mnie i o Rani, co chcą. To moja narzeczona i mam gdzieś to, co ludzie o nas, o naszym związku, sądzą. Mam ich wszystkich gdzieś…, pomyślał, przyspieszając.
            W tej chwili spostrzegł budynek szpitala.
            Z Shiko było coraz gorzej. Malec zupełnie przestał reagować na jakiekolwiek bodźce. W pewnym momencie chłopczyk wychylił się przez ramię ojca i ponownie zwymiotował. Tym razem krwią.
            Kakashi poczuł, że uginają się pod nim kolana. Nie może umrzeć… nie on, proszę, nie zabierajcie mi go…, błagał w myślach, zaciskając na kilka sekund oczy. Czuł zbierające się łzy. Nie mógł pozwolić sobie na płacz, musiał być twardy. Dla niego. Dla Shiko.
            Pędząc ile sił w nogach, wbiegł do szpitalnego holu. Wszędzie kręcili się lekarze i pielęgniarki, ale żaden z nich nie zwrócił na mężczyznę uwagi. Zupełnie tak, jakby był niewidzialny.
            Był wściekły. Możliwe, że jego dziecko umierało w tej chwili, a oni olewali go jakby nigdy nic.
            Podszedł wściekłym krokiem do recepcji, przy której siedziała młoda, czarnowłosa pielęgniarka. Hatake znał ją tylko z widzenia. Ot, kolejna kobieta, która zawracała mu, za przeproszeniem, dupę, w przeszłości.
            Na nieszczęście Hatake przed nim było jeszcze trzech pacjentów. Tym, którego obsługiwała wyżej wymieniona pielęgniarka był dziadek, z artretyzmem i bardzo zaawansowaną demencją starczą. Usiłował przekonać pielęgniarkę, że nazywa się Soichiro Yamamoto. Kobieta natomiast prosiła go, aby wziął kartę pacjenta, usiadł na krzesełku i wpisał prawdziwe dane osobowe.
            - Nobu, to jest twoje prawdziwe imię, nie żaden Soichiro. Soichiro to twój syn, pamiętasz? – mówiła do niego tonem osoby, która gani pięciolatka.
            - To ja jestem Soichiro i żądam, aby natychmiast przyniesiono moje zamówienie! – powiedział głośno staruszek. – Czekam na nie już prawie godzinę, niech ktoś wreszcie… - do Nobu podszedł jeden z sanitariuszy i zaprowadził narzekającego starca na odpowiedni oddział.
            Kolejka przesunęła się odrobinę. Mimo tego i tak to wszystko trwało zbyt długo. Kakashi tracił cierpliwość. Służba zdrowia i ten ich zapał do pracy.
            - Dada… - odezwał się cicho Shiko. – Dada…
            Mężczyzna poprawił chwyt i mocniej przytulił synka.
            Czuł, że było coraz gorzej. Shiko był coraz słabszy, Kakashi coraz bardziej zmartwiony i wkurzony.
            W końcu uderzył otwartą dłonią w blat recepcji.
            - Do jasnej cholery, czy ktoś może wreszcie zbadać mojego syna?! – powiedział głośno.
            - Nie widzi pan, że inni też potrzebują lekarza? Proszę o odrobinę cierpliwości! – odwróciła się w jego stronę i zamarła. Rozpoznała go. – A, to ty, Kakashi… Poczekaj z piętnaście minut.
            - Nie mam czasu, nie widzisz, że moje dziecko jest chore? – w tej chwili miał gdzieś bycie uprzejmym. – Zawołaj jakiegoś lekarza!
            Pielęgniarka była jednak strasznie uparta i wciąż kazała mężczyźnie czekać na swoją kolej.
             - Cholera jasna! – krzyknął tak głośno, że Sakura, która pełniła dyżur na sali segregacji, wystawiła nos zza drzwi, po czym wyszła z pomieszczenia.
            Podeszła do Kakashi’ego i złapała go za ramię, ciągnąc w zupełnie innym kierunku.
            Zatrzymali się w pobliżu bufetu. Tam Haruno założyła ręce na piersi i spojrzała na swojego byłego nauczyciela.
            - Sensei, rozumiem, że jesteś zdenerwowany, ale na miłość boską, to jest szpital, uspokój się! – syknęła. – Inaczej będę zmuszona cię stąd wyprowadzić.
            Kakashi westchnął.
            - Shiko… - zaczął.
            Dziewczyna spojrzała na niego i dopiero wtedy zrozumiała, dlaczego Kakashi był taki zły. Życie jego synka było zagrożone.
            - Chodź za mną, Kakashi. Zajmę się nim – powiedziała, po czym zaprowadziła mężczyznę na oddział dziecięcy.

            - Wiesz, co mogło spowodować krwawą biegunkę i tak wysoką gorączkę? – zapytała dziewczyna zaraz po tym, jak dotarli na miejsce. Tam położyli niemowlę w łóżeczku i podłączyli mu kroplówkę z solą fizjologiczną.
            Kakashi siedząc na krześle, wpatrywał się w śpiącego spokojnie synka, któremu dali leki przeciwbólowe i uspokajające, dzięki którym zmęczony płaczem malec zasnął.
            - Nie… - szepnął. Tak cholernie się o niego bał. – Nie mam bladego pojęcia. Jeszcze godzinę temu nic mu nie było. Śmiał się i gaworzył, a teraz… Sakura, czy mały będzie żył? – spojrzał na nią smutno.
            Dziewczynie krajało się serce, widząc go takiego. Mężczyzna był cały blady i roztrzęsiony, w oczach miał łzy, które mimowolnie co jakiś czas spływały mu po policzkach i wsiąkały w maskę, przez co ta była cała mokra. Nigdy go takim nie widziała. Myślała, że tego człowieka nic nie jest w stanie złamać. Myliła się. Teraz, widząc go podłamanym, zrozumiała, że nawet on jest w stanie cierpieć katusze. Nie mogła pozwolić, aby małemu Shiko Hatake spadł włos z głowy. Jeżeli tak się stanie, Kakashi nigdy jej tego nie wybaczy.
            - Najpierw musimy znaleźć przyczynę jego stanu. Twierdzisz, że jeszcze godzinę temu nic mu nie było… - przyłożyła palec do ust, spoglądając na chłopczyka. – A przypadkiem nie zginęło u was coś w domu? Na przykład śrubka, albo coś podobnego?
            Kakashi zamarł. To niemożliwe… Po prostu niemożliwe…
            - Sakura, a jeżeli on… połknął coś ostrego, na przykład… żaróweczkę, to co?
            Czuł na sobie jej wzrok. Świetny był z niego ojciec, skoro doprowadził do czegoś takiego.
            - To mamy naprawdę, ale to naprawdę poważny problem, Kakashi – odparła.

            Zleciła rentgen chłopcu. Podczas gdy czekali na wyniki, Kakashi siedział przy łóżku synka, głaszcząc chłopca po srebrnych włoskach.
            - Twoja mama mnie zabije, Shiko… - powiedział cicho. – Co ze mnie za ojciec, do jasnej cholery… Przecież mogłem cię zabić… Jasna cholera… - załkał.
            W tej samej chwili usłyszał znajomy głos.
            - Kochanie!
            Poczuł, jak jego serce na moment przestaje bić. Jak miał jej to powiedzieć? Że prawie zabił ich dziecko?
            Odwrócił się.
            W ich stronę biegła Rani, trzymając w lewej dłoni torbę z rzeczami ich synka.
            Kakashi wstał powoli. Bał się na nią spojrzeć.
            Dziewczyna puściła torbę, która z hukiem spadła na podłogę i zarzuciła Kakashi’emu ręce na szyję. Wtuliła nos w jego pierś, nie przejmując się, że jego bluza jest cała w wymiocinach. Objęła go mocno, płacząc.
            Hatake bał się jej dotknąć. Stał, cały spięty i nie odwzajemnił uścisku. Rani to wychwyciła i odsunęła się odrobinę. Zadarła wysoko głowę, po czym popatrzyła mu w oczy, pytając:
            - Kakashi, skarbie, co z nim?
            Westchnął. Już sam siebie nienawidził, co będzie, jeżeli ona też go znienawidzi? Wtedy życie straci dla niego jakikolwiek sens. To właśnie ona i Shiko powodowali, że chciał się uśmiechać, że czuł się komuś potrzebny. Co będzie, jeżeli to wszystko zniknie? Gdyby nie ta dwójka, już dawno by ze sobą skończył.
            - R-rani… Mały… Mały połknął żaróweczki od lampek choinkowych… Nie dopilnowałem go przez chwilę, a on w tym czasie… Wiesz, jakie są dzieci, lubią kolorowe przedmioty i… Nie zauważyłem z początku, że czegoś brakuje… - usiadł ciężko na krześle, ukrywając twarz w dłoniach. Jego silnymi ramionami wstrząsnęły spazmy szlochu. – Nienawidzę siebie… Nienawidzę…
            - Co powiedziałeś? – zapytała Rani, patrząc na niego. Nie wierzyła w to, co powiedział jej ukochany. Czyli to przez Kakashi’ego Shiko był w takim stanie? To przez niego małemu groziła śmierć?
            - Przepraszam… przepraszam, tak bardzo przepraszam… - zawył, bujając się w przód i w tył. – Jeżeli on… Jeżeli coś jeszcze mu się stanie, to…
            - Na bogów, Kakashi… Coś ty najlepszego w świecie zrobił… - jęknęła.
            Wszystko się skończyło. Znienawidziła go tak, jak przypuszczał. W sumie to jej się nie dziwił, na jej miejscu dałby sobie w twarz. Z całej siły.
            Zamiast tego poczuł, jak jej ramiona zaciskają się na jego szyi. Po chwili go przytulała, głaszcząc po włosach.
            Nie opuściła go. Po tym, co zrobił, nie zostawiła go. Wciąż go kochała. A przecież był takim okropnym człowiekiem, ojcem…
            - Nie jesteś okropny… - szepnęła, po czym pocałowała go w skroń. – To mogło zdarzyć się w każdej chwili… Pech chciał, że trafiło na ciebie. Równie dobrze to mogło być przeze mnie…
            Wybuchł spazmatycznym szlochem, tuląc się do narzeczonej.
            Wkrótce zasnął, przytulony do Rani. Ta natomiast czuwała przy synku cały czas. Stwierdziła, że pozwoli Kakashi’emu odespać ten koszmar.

            Kilka godzin później obudził się. Do jego uszu docierał znajomy, cienki głos.
            Otworzył oczy i pierwsze, co zobaczył, to to, jak Shiko siedzi w swoim łóżeczku i bawi się drewnianymi klockami. Chłopczyk odzyskał dawne kolory i teraz widząc budzącego się ojca, wyciągał do niego rączki.
            Kakashi zerwał się i zanim ktoś zdążył go powstrzymać, wziął synka na ręce i mocno go przytulił. Shiko żył. Nic mu nie było. Ale w takim razie gdzie podziały się te nieszczęsne żaróweczki?
            W tym momencie przed nim pojawiła się Sakura trzymająca w dłoni plastikowy woreczek z… żaróweczkami w środku.
            - Na szczęście wyszły razem z kupką – powiedziała, wręczając mu woreczek. – Jedna z nich podrażniła lekko ścianę żołądka małego, to stąd te wymioty, ale na szczęście szybko temu zaradziliśmy – mówiąc to, wyciągnęła zza białego fartucha kartkę, na której były rozpisane instrukcje. – Mały ma pić dwa razy dziennie przez tydzień wywar z rumianku, siemienia lnianego i melisy, a wtedy wszystko powinno wrócić do normy.
            - Sakura… Nie wiem, jak ci dziękować… Gdyby nie ty… - zaczął, chowając kartkę do kieszeni kamizelki.
            - Gdyby nie twoja szybka interwencja, mogło skończyć się to o wiele gorzej, uwierz mi. I na przyszłość radzę chować przed dziećmi takie rzeczy. No chyba, że chcesz do nas ponownie trafić, co Shiko? – tym razem zwróciła się do chłopca, który patrzył na nią ciemnymi jak u ojca oczami.
            Kakashi zaśmiał się.
            - Nie, na pewno nie chce – powiedział. – Jeszcze raz ci dziękuję, Sakura.
            - Nie ma za co, a teraz idź, Rani na was czeka, a poza tym mam jeszcze mnóstwo pacjentów – po tych słowach pożegnała się z nimi. Shiko naśladując ojca, pomachał dziewczynie, wołając:
            - Tada!
            Kakashi pocałował synka w czubek główki, a potem ubrał go i wyszli ze szpitala, gdzie czekała na nich Rani. W ręku znów trzymała torbę, która na nic im się nie przydała. Mężczyzna wziął od niej ciężar, a ona stanęła na palce i pocałowała go w nos.
            Zerknęli jeszcze raz na budynek szpitala, po czym odeszli z poczuciem, że tę Wigilię będą pamiętać do końca życia.


***
Cóż... Rozdział wyszedł naprawdę dziwny, no bo kto opisuje tego typu rzeczy w takich notkach? Ogólnie to ostatnio mam naprawdę dziwny nastrój - w głowie mi tylko cierpienie, flaki i śmierć. Ale nie moja :D Chyba za dużo się naoglądałam Obcego...
Nie wiem, nie rozumiem siebie.
Kurczę, rozdział miał pojawić się wcześniej, ale sami rozumiecie - rodzina, kolacja wigilijna...
Także pozostało życzyć mi Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku 2015!
Kakashi też życzy wszystkim Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

3 komentarze:

  1. Witaj :)
    Próbowałam przeczytać rozdział początek zapowiada się całkiem niezły, ale 45 minut walczyłam z suwakiem nie mogę go ogarnąć
    Twoja Bell.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wczoraj sprawdzałam i wszystko było w porządku. Nie wiem, co się dzieje.

      Usuń

Reklama

CREATED BY
Mayako