Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Minato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Minato. Pokaż wszystkie posty

8/27/2014

31. "Zabiję cię..."

Zabiwszy miłość
Zasypiasz spokojnie
Zabiwszy złość,
Nie smucisz się.
Szlachetni chwalą
Uśmiercanie gniewu
- co ma słodki kwiat
Lecz korzeń trujący – bo zabijając go
Nie smucisz się.

~Budda Siakjamuni (Siddhartha Gautama)

Wyruszyli zaraz po tym, jak się spakowali. Nie mieli czasu do stracenia. Życie Yuki w każdej chwili mogło się zakończyć. Im dłuższa była zwłoka z ich strony, tym istniało większe podobieństwo, że nie zdążą na czas.
         Osobą, która najbardziej przeżywała tę sytuację był Naruto. Zawiódł swojego byłego sensei, a przecież obiecał mu, że będzie uważał na Yuki podczas tej i kolejnych misji. Chłopak był na siebie wściekły, bo po raz kolejny pozwolił, aby ktokolwiek z jego bliskich ucierpiał. Co jest ze mną nie tak, do cholery?, pomyślał. Coś z pewnością było, inaczej ochroniłby Yuki przed Akatsuki. Tym bardziej, że dziewczynka była dla niego jak siostra. Niestety. Nie mógł ochronić przed złem nawet jednej, jedynej osoby. Jak mam zostać Hokage, skoro nie potrafię obronić jednego przyjaciela?
         W tym samym momencie pojął, jaki był głupi, wierząc, że to on zostanie przywódcą wioski… Całe jego marzenie nie miało kompletnego sensu.
         Zastanawiał się, czy czasem nie dać sobie z tym wszystkim spokój. Kakashi był przecież młody – miał raptem trzydzieści jeden lat i doskonale przewodził wiosce. No więc dlaczego chciał mu to odebrać? Z zazdrości? Z zazdrości o to, że on sam nie został Hokage? Patrząc jednak na całą sytuację obiektywnie, to by było nie do pomyślenia, aby dwunastoletni dzieciak, i to w dodatku niezbyt inteligentny przewodził wiosce.
         Naruto uśmiechnął się smutno na wspomnienie dzieciństwa, które miał już od dawna za sobą. Praktycznie przestał być dzieckiem, kiedy skończył czternaście lat. Od tego czasu musiał być odpowiedzialny za swoje decyzje i czyny.

~*~

         Kakashi stał w pokoju swojego najmłodszego dziecka, przytulając do swej szerokiej klatki piersiowej niemowlę. Chłopczyk oparł główkę o obojczyk ojca, a jego powieki zamykały się powoli. Malutkie usta miał lekko rozchylone, a z prawego kącika wypływała strużka śliny. Po chwili Kazuki Hatake zamknął swoje ciemnobrązowe wielkie oczy. Głowa osunęła się na bok, kiedy wreszcie usnął.
         Srebrny Smok Konoha wyczuwając, że jego synek już śpi, podszedł do łóżeczka stojącego w drugim krańcu pokoju. Ułożył chłopca wygodnie, nakrył go niebieskim kocykiem z motywem bawiących się szczeniaków, a po chwili położył obok synka ulubioną maskotkę – małego białego niedźwiadka. Mężczyzna pochylił się, aby pogłaskać chłopca po srebrnych włosach. W momencie gdy to zrobił, usłyszał cichy głos swojej żony:
- Zasnął?
         Kakashi obrócił się. Ujrzał Hanare ubraną w lawendową w połowie prześwitującą koszulę nocną, która sięgała kobiecie do połowy uda. Czarne długie włosy miała zarzucone na lewe ramię. Hatake poczuł, że przyspiesza mu tętno. Mimo tego że byli małżeństwem od sześciu lat, z każdym kolejnym dniem kochał ją coraz bardziej.
- Tak, przed chwilą – odpowiedział równie cicho i podszedł do żony, po czym objął ją mocno. Oparł podbródek na jej głowie, ale po chwili zanurzył w czarnych puklach swoją twarz i zaczął wdychać niesamowity, słodki zapach włosów Hanare. – Kochanie… Tak sobie ostatnio myślałem… Może byśmy postarali się o kolejne dziecko?
         Kobieta zaśmiała się, a potem uniosła głowę i dotknęła z czułością policzka męża. Ten westchnął, czując kojący dotyk oraz to jak palce Hanare przesuwają się po jego napiętej i zmęczonej skórze.
- Martwisz się o Yuki – szepnęła, odkrywając niepokój Kakashi’ego, który skrył za tym pytaniem. Przytuliła się do Kakashi’ego, wsłuchując się w mocne bicie jego serca. I pomyśleć, że niedawno o mało co go nie straciła…
         Spojrzał na nią.
- Wiesz, skarbie, może się to wydawać dziwne, ale odkąd Yu wyruszyła na tę misję, mam jakieś dziwne i nie do końca jasne przeczucie – westchnął cicho. Przed Hanare nic się nie ukryło. – Mam na myśli to, że czuję, jakby coś… jakiś pasożyt rozrywał moje ciało od środka. Przez to mam wrażenie, że coś mi umyka. Kręci się na obrzeżach mojej świadomości, a kiedy próbuję to złapać, ucieka i muszę zaczynać wszystko od początku – w towarzystwie żony, wyszedł z pokoju synka. Kakashi zostawił uchylone drzwi na wypadek, gdyby Kazuki się obudził.
         Udali się wolnym krokiem w kierunku swojej sypialni. Kakashi przymknął drzwi, a kilka sekund później całował już żarliwie żonę. Kobieta objęła go w pasie i przyciągnęła go do siebie. Oboje stęsknili się za swoimi ciałami. W ostatnim czasie nie mieli chwili, aby się nawet przytulić.
         Skierowali się w stronę łóżka, na które opadli po chwili, wciąż ze sobą spleceni. Kakashi zaczął się pozbywać swojej czarnej koszulki z krótkim rękawkiem. Kiedy materiał wylądował na podłodze, Hanare zajęła się dolną partią jego ubrań. Niedługo później byli już nadzy, okryci kołdrą. Z każdą kolejną sekundą całowali się coraz namiętniej, aż w końcu nie wytrzymali i zajęli się swoimi ciałami.

~*~

         Dostrzegł w oddali bramy Konoha. Wioska była z każdą chwilą coraz bliżej, w związku z tym Naruto czuł coraz większy niepokój i strach. Jak miał powiedzieć Kakashi’emu, że jego córka została porwana? Chłopak potwornie się bał reakcji swojego byłego sensei. Przecież on sam traktował Yuki jak członka rodziny! Dla Kakashi’ego dziewczynka była oczkiem w głowie, a poza tym Hatake obiecał blondynowi opiekę nad Yuki tylko pod jednym warunkiem – miał nie dopuścić, by stała się jej jakakolwiek krzywda.
         Uzumaki zacisnął szczęki. Doprawdy jestem żałosny, pomyślał.
         Zerknął ukradkiem za siebie. Całej drużynie udzielał się jego strach i niepokój. Szczególnie Mizuko i Karasu byli najbardziej tym wszystkim przybici. W końcu chodziło tu o ich przyjaciółkę.
         Trwając w milczeniu, zbliżali się do Konoha.

~*~

         Izumo siedział w budce strażniczej, położywszy nogi na balustradzie i jadł dango. Lubił te słodkie, kolorowe kulki nadziane na patyk i oblane gęstym, tak samo słodkim syropem. Ostatnio, a dokładniej w chwilach niepokoju, pożerał je jedna za drugą. Już teraz, dwa tygodnie po tym, jak wyruszyła drużyna Naruto, czuł, że znacznie przytył. Policzki zrobiły się pulchne, a zamiast mocno zarysowanego brzucha, tworzył mu się teraz tak zwany „mięsień piwny”. Nie podobało mu się to, ale nie potrafił tego przerwać. Poza tym musiał przyznać przed samym sobą, że uzależnił się od słodyczy. Najgorsze było w tym wszystkim to, że w tym momencie, mimo wyrzutów sumienia, pakował do ust kolejną kulkę.
- Izumo, do cholery! – usłyszał głos swojego przyjaciela Kotetsu, który rzucił mu  wściekłe spojrzenie.
         Szatyn odwrócił się do niego i zapytał:
- Co się stało?
         Kotetsu zacisnął pięści.
- To się stało! – warknął, wskazując na dango. – W ostatnim czasie nic nie robisz, tylko żresz to świństwo! Co się z tobą, na bogów, dzieje?!
         Izumo uniósł ze zdziwieniem brwi.
- Nic. – odparł, a potem znów spróbował włożyć do ust słodką kulkę, jednak Kotestsu wytrącił mu ją z ręki. Dango spadło na podłogę z głośnym plaśnięciem.
- Jak to „nic”?! Staczasz się, Izumo! – krzyknął brunet, wymachując rękoma.
         Kamizuki wiedział, że przyjaciel nie da za wygraną. Westchnął z rezygnacją.
- Niepokoję się o drużynę siódmą, której przewodzi Naruto.
- A więc o to ci chodzi. Rozumiem… Ale nie tylko ty się niepokoisz. Czcigodny też ma jakieś dziwne przeczucia.
         Obaj umilkli i na nowo zaczęli wypatrywać potencjalne zagrożenia. Zamiast tego dostrzegli znajome blond włosy, które wyłoniły się z drzew. Tuż za Naruto pojawiły się czupryny kolejnych osób. Dwie czarne, jedna pomarańczowa. Jednak przecież była jeszcze jedna. Należąca do córki Czcigodnego. Jednak patrząc na przybyłych, wiedzieli już, co się stało.
         Naruto prześlizgnął wzrokiem po dwójce chūninów, mrucząc coś niewyraźnie, a potem skierował się wraz ze swoją drużyną do budynku mieszczącego gabinet Hokage. Izumo i Kotestsu przyglądali się chłopakowi, a przez ich umysły przelatywały niezliczone myśli.

~*~

         Ciemność, ból. Nic więcej nie czuła. Wiedziała tylko, że znajduje się w jakimś wilgotnym, zimnym miejscu, w którym intensywnie pachniało ziemią.
         Nie otwierała oczu. Nie chciała dostrzegać tego, jak blisko była śmierci. Wolała pozostać w błogiej nieświadomości. Jednak wtedy przychodził ON. Itachi Uchiha, ojciec Mizuko. Nie rozumiała tego, jak można było kochać takiego człowieka. Nie miała przyjaciółce za złe tego, że nienawidziła Uchihy, jednego ze swoich rodziców. Przecież nie widziała go nigdy na oczy, a poza tym młody mężczyzna się nią nie interesował. Yuki wiedziała, że czułaby to samo, gdyby była na jej miejscu.
         Nagle jej podbródka dotknęły czyjeś lodowate i szorstkie palce. Zacisnęła dłonie w pięści. Wszystko ją bolało, to był w ogóle Cu, że jeszcze żyła. Gdyby nie była jinchuuriki, najpewniej umarłaby po takich torturach, jakie przygotowali dla niej członkowie Akatsuki.
         Zakrzepła krew na twarzy, przedramionach i dłoniach przeszkadzała jej, ale Yuki nie mogła nic z tym zrobić. Była przywiązana do betonowego słupa, z którym stykały się jej plecy.
- Mów – usłyszała.
         Zacisnęła zęby. Nic nie powie, nawet, gdyby posiadła jakieś informacje. Nie zdradzi Konoha za żadne skarby. Będzie lojalna wiosce nawet za cenę własnego życia.
         Mówiła Itachi’emu i innym setki razy, że nic nie wie. Nie wierzyli jej. Jednym z powodów najpewniej było to, że była dzieckiem Srebrnego Smoka Konoha – Kakashi’ego Hatake.
         W tym samym momencie jej uwaga skupiła się na czymś zupełnie innym.
         Poczuła, że zalewa ją wrząca woda. Słyszała, jak skóra zaczyna pękać pod wpływem temperatury. Ból był nie do zniesienia, milczała jednak. Mimo tego, że z każdą chwilą była polewana kolejną ilością wrzątku, nie wydała z siebie żadnego dźwięku.

~*~

         Kakashi przeglądał właśnie dokumenty, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Wiedział, kto przyszedł. Mężczyzna poczuł radość w sercu. Za chwilę, za jedną, krótką chwilę przytuli córkę do piersi.
- Wejdź, Naruto – powiedział, nie podnosząc wzroku.
         Drzwi uchyliły się, po czym do pomieszczenia wszedł Uzumaki. Kakashi spojrzał na niego. Wzrok chłopaka uciekał w bok. Bał się spojrzeć na swojego byłego mistrza.
         Hatake podszedł do chłopaka i położył mu dłoń na ramieniu. Otworzył usta, aby zapytać Naruto, co się stało.
         Blondyn opuścił głowę i powiedział cicho, uprzedzając tym samym Kakashi’ego.
- Sensei… - zamilkł na chwilę, by przełknąć wielką gulę, która utkwiła mu w gardle. – Zawiodłem cię, sensei… Nie ochroniłem Yuki tak, jak mi kazałeś… - chłopak poczuł, że ramię Hatake opadło.
- C-co masz na myśli, mówiąc, że „nie chroniłeś” jej dostatecznie? – serce mężczyzny załomotało o żebra.
- Ja… Yuki została porwana… Przez Torę i Akatsuki… Wysłałem ją na zwiad…
         Kakashi stał przez moment w całkowitym osłupieniu, po chwili jednak dłoń, która znajdowała się na ramieniu młodego jounina znalazła się na nosie Uzumakiego. Rozległ się chrzęst pękających kości.
         Hatake zatoczył się pod wpływem dostarczonych informacji i własnego ciężaru. Na szczęście odzyskał równowagę i zerknął na swoją zakrwawioną rękę. Kości palców miał mocno obite. Bolało go, ale się tym nie przejmował. Miał gdzieś, czy wsadzą mu ją w gips.
         Nie patrząc na Naruto, odezwał się martwym i jednocześnie wściekłym głosem:
- Daję ci pięć sekund na opuszczenie tego budynku…
         Zbliżał się powolnym krokiem w stronę Naruto, podwijając rękawy płaszcza i zwijając dłonie w pięści.
         Uzumaki stał tymczasem, czekając na kolejny cios Kakashi’ego. Mężczyzna po kilku sekundach znalazł się przy blondynie i uderzył go z całej siły w brzuch. Chlusnęła krew, która zabrudziła czysty płaszcz przywódcy Konoha. Młody jounin nie bronił się. Ręce zwisały mu luźno po bokach, a po podbródku ciekła jucha.
         Szarowłosy chwycił chłopaka za głowę, a potem wymierzył mu cios z kolana, wrzeszcząc:
- Ufałem ci, Naruto! Wierzyłem, że zostaniesz Hokage i zmienisz ten świat! – kolejny cios w żebra, który spowodował, że blondyn jęknął i upadł na podłogę.
         Kakashi wykorzystując to, usiadł na nim (bez skojarzeń proszę ==> przyp. autorki), blokując mu dłonią głowę. Mężczyźnie ciekły po twarzy łzy wściekłości.
- Zawiodłeś mnie, Naruto… - widząc, że chłopak ani myśli oddać cios, Hatake pod wpływem wciąż zgromadzonej w nim furii ułożył dłonie w pieczęci tworzące Raikiri. – Zabiję cię!
         Po chwili na prawej dłoni Kakashi’ego pojawiło się małe wyładowanie elektryczne, które ten wycelował wprost na serce chłopaka. Naruto spojrzał smutno na mężczyznę, którego w duchu nazywał ojcem. Złapał za przedramię mężczyzny obiema dłońmi i szarpnął mocno. Przecięcie Gromu znajdowało się w tej chwili może dwa, góra trzy centymetry od jego ciała. Temperatura Raikiri spowodowała, że ubranie chłopaka zaczęło się tlić. Po kilku sekundach koszulka została przepalona, a delikatne, jasne włoski na torsie chłopaka zwęgliły się. Skóra przybrała paskudny, czerwony odcień.
         Naruto wiedział, że ostatnią rzeczą, jaką zobaczy przed śmiercią, będzie wykrzywiona wściekłością zamaskowana twarz Kakashi’ego. Blondyn spojrzał w oczy mężczyźnie, który miał go za chwilę zabić. Szepnął cicho poprzez łzy, które zgromadziły się w jego soczyście niebieskich tęczówkach:
- Sensei… Wiem, że cię zawiodłem… Obiecałem ci, przysięgałem, że ochronię Yuki… Dlatego, sensei, mam do ciebie jedną, małą prośbę… Zabij mnie tak, abym nic nie poczuł… - po tych słowach uśmiechnął się słabo. Zamknął oczy. Czuł ciepło dochodzące z jego klatki piersiowej. Był gotowy na śmierć.

~*~

         Kakashi’emu trzęsła się ręka. Był jednak tak wściekły, że tego nie zauważał. Spoglądając na Naruto, przypomniał sobie, jak go wcześniej traktował. Jak bohatera, człowieka, który potrafi zjednywać sobie ludzi. Teraz jednak widział w nim nieudacznika i słabeusza.
         Nie to nim jednak wstrząsnęło. Nie miał pojęcia, co ma z tym wszystkim zrobić. Rozsądek podpowiadał mu, aby się uspokoił, serce zaś sugerowało by zabił chłopaka, który leżał pod nim i płakał.
         Nie myślał racjonalnie, wahał się. Jego dłoń tkwiła niebezpiecznie przy klatce piersiowej blondyna.
         W tym samym momencie drzwi od gabinetu otworzyły się raptownie, a do środka wbiegł Sora w towarzystwie Sakury, którą trzymał za rękę oraz Minato. Namikaze podbiegł do Kakashi’ego, po czym chwycił go za barki i podniósł. Szarowłosy próbował się wyrwać, ale brat mężczyzny wymierzył cios w jego kark. Srebrny Smok zesztywniał, a potem osunął się na podłogę nieprzytomny.

~*~

- Przepraszam, że cię tak załatwiłem, Kakashi, ale inaczej byś go zabił – powiedział Sora, wpatrując się w swojego starszego brata, którego palce bandażowała w tej chwili Sakura.
- Nic się nie stało, dobrze zrobiłeś – Hatake nie patrzył na nikogo. Wzrok miał utkwiony w swoich poranionych dłoniach. – Do tej pory nie rozumiem, jak mogło mnie tak ponieść. Przecież nigdy…
- Kakashi, dość. Rozumiem cię bardzo dobrze – Minato przerwał Hatake. – Sam jestem ojcem, więc wiem, jak ci jest ciężko. Gdyby Yuki była moją córką, z pewnością też bym tak zareagował.
         Uniósł głowę i spojrzał z wdzięcznością na swojego byłego mistrza. Żałował tego, co zrobił. Nigdy aż tak nie stracił panowania nad sobą.
- Sensei – odezwała się Sakura. – Wymyśliłeś już sposób, w jaki uratujesz Yuki?
         Z początku Kakashi nie wiedział, że dziewczyna miała na myśli jego, jednak po chwili wyrwał się z otępienia i powiedział:
- Nie, a poza tym nie mogę opuścić wioski. Jeżeli inne nacje dowiedzą się, że moja córka została porwana przez Akatsuki, a ja udałem się jej na ratunek, będziemy mieli wojnę.
- Nie, jeśli zastąpię cię na jakiś czas – zasugerował Minato.
- Nie możesz. Nie chcę cię obarczać takimi obowiązkami – zaprzeczył Hatake.
- Nie gadaj głupot. Byłem Hokage dwadzieścia lat temu, ale nadal wiem, jak przewodzić wiosce, Kakashi. Zaopiekuję się Hanare i Kazukim oraz wioską pod twoją nieobecność. Gwarantuję, że nikt niepowołany nie dowie się, co zaszło, przysięgam.
- Dziękuję, sensei – słowa nie oddawały tego, co czuł. – Kiedy Sakura skończy mnie opatrywać, pakuję się i wyruszam. Im większa zwłoka, tym gorzej.
         Nie zauważył, jak Sakura posyła jednoznaczne spojrzenie Naruto, który siedział na sąsiednim łóżku. Po chwili uśmiechnęła się do niego i powiedziała głośno:
- Sensei, nie myślisz chyba, że puścimy cię samego. Zrobisz jeszcze coś głupiego. Ktoś musi cię pilnować. A poza tym Yuki nie jest dla nas obojętna.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie podoba mi się ten rozdział. Wyszedł jakiś taki... wybrakowany, ale nie miałam pomysłu, co innego napisać. Nie chciałam już wymyślać niczego na siłę, bo to nie ma kompletnego sensu. Nie mam pomysłu na podsumowanie. Kicha. Ogólnie to chyba bierze mnie grypa, bo bez przerwy mi zimno. Do tego piję niezliczoną ilość płynów. Dwie butelki po dwa litry dziennie to minimum. Nie wiem, nie mam weny. Do napisania!
I komentujcie, do cholery, bo poszczuję was Kakashim, który w tej chwili siedzi obok i kiwa twierdzącą głową. Jeśli nie chcecie mu się narazić, radzę posłuchać (to nie jest groźba, tylko prośba).
Dziękuję.
A tu macie takiego angry Kakashi'ego:


Chociaż to to jeszcze jest nic. Hatake ogarnęła furia stulecia.

5/30/2014

27. Sprawiedliwy wyrok cz. I.

  Na początek bardzo chciałabym podziękować za ostatni komentarz pod poprzednim rozdziałem. Naprawdę, był taki szczery i... prawdziwy? Naprawdę, bardzo się przejęłam komentarzem od osoby, która o Naruto nie ma żadnego, ale to naprawdę żadnego pojęcia, a raczy krytykować moje opowiadanie i mój styl. Drogi Anonimie, nie chcę powodować konfliktu, jednak taki wpis świadczy o twoim poziomie intelektualnym i kultury osobistej. Nie mam zamiaru używać w stosunku do Ciebie nieprzyjemnych epitetów, ale to, co napisałeś, mija się całkowicie z prawdą. Pamiętaj, że nigdy nie należy porównywać stylu dwóch pisarzy i języka, którego używają w swojej twórczości. Każdy ma własny styl i stara się go rozwijać, jednak nie znajdziesz na świecie osób, które piszą identycznie. Taka jest prawda. Jeden autor pisze lepiej, drugi gorzej, jednakże nie należy potępiać tych stylów. Nikt nie jest idealny, ja też popełniam błędy, nie przeczę.
   Dziękuję za uwagę.
 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
  ~ Kakashi ~

  Wiedziałem, że nie powinienem się denerwować, ale nie mogłem! Yuki została pobita przez Yamadę. Cholera, czy do niej i jej rodziny naprawdę nie docierają konsekwencje ich czynów? No najwyraźniej. Na ale na miłość boską, ile można tłumaczyć?! 
  Czy naprawdę nienawidzili mnie i moich bliskich tak bardzo, że byli w stanie prawie zabić niewinne dziecko? Mimo tego, co Suko zrobiła, była jeszcze jedna kwestia. A tyczyła się mojej osoby. Jak ja mogłem być taki głupi, prowokując ich. Jednak teraz było już zdecydowanie za późno, by cokolwiek zmienić. Mimo tego musiała istnieć jakaś sprawiedliwość na tym świecie. Nie mogłem przecież pozwolić, aby klan Yamada robił, co mu się żywnie podoba. Tylko co ja miałem zrobić? Wybić całą rodzinę? Nie, to by było niehumanitarne i niegodne stanowiska Hokage. Miałem jednak zupełnie inne wyjście. Wyjście, z którego ani Minato -sensei, ani Sandaime nie skorzystaliby. Musiałem wymierzyć sprawiedliwość.
- Przepraszam - powiedział nagle Karasu. 
  Spojrzałem na niego pytająco.
- Nie przepraszaj, to nie była twoja wina - położyłem mu dłoń na ramieniu.
- Jak to nie moja wina? Moja, bo nie ochroniłem Yuki! - krzyknął, po czym na nowo się rozpłakał. Pociągnął nosem. Na stół kapały łzy. W tym samym momencie pojąłem, że Hyūga bardzo lubi moją córkę.
  Chłopiec napił się ciepłego kakao, a ja myślałem tylko o jednym. Dlaczego? Dlaczego Yuki? Nic nie przychodziło mi do głowy. W tym samym momencie usłyszałem pukanie do drzwi. Nim zdążyłem wstać i je otworzyć, zrobił to mój brat. Do przedpokoju weszła Sakura. Krótkie, różowe włosy miała związane w wysoki koński ogon. Ubrana była w standardowy strój shinobi, ale z jednym, małym dodatkiem. Na lewym ramieniu miała zawiązaną chustę z namalowanym czerwonym krzyżem. Dziewczyna zdjęła buty i weszła do kuchni. Posłała mi smutne spojrzenie.
- Sensei... Jak ona się czuje? - zapytała cicho. Haruno również się martwiła o moją córkę. W końcu dla niej była jak młodsza siostra.
  Przejechałem dłonią po twarzy, po czym odparłem:
- Nie wiem. Yuki jest nieprzytomna.
Dziewczyna przyłożyła palec do ust. Zastanawiała się nad czymś.
- Jak tylko ją zbadam, dam ci znać, Kakashi -sensei - rzekła, wychodząc z pomieszczenia.
  Już prawie znikła mi z oczu, ale w ostatniej chwili dodałem:
- Sakura... Ile razy mam ci mówić, że nie jestem już twoim sensei...
- Nie, nie rozumiesz. Ty zawsze będziesz moim sensei - uśmiechnęła się i odeszła.
  Usłyszałem jak wchodzi po schodach, by po chwili zniknąć w pokoju mojej córki. Nastała przejmująca cisza, która nieprzyjemnie kłuła w bębenki moich uszu.

~ Sakura ~

  Gdy tylko dostała wiadomość od Sory, wiedziała, że coś się musiało stać. Jednak gdy młody mężczyzna wyznał jej prawdę, o mały włos się nie przewróciła. Ale jak, dlaczego?, przemknęło jej przez głowę.
  Nie zastanawiając się długo, szybko ubrała się i wyszła z domu, nic Sasuke nie mówiąc. On jako jedyny z drużyny Kakashi'ego nie lubił Yuki i vice versa. Zresztą młody Uchiha w ogóle nie lubił dzieci. Chłopak zrezygnował z odbudowy klanu zaraz po tym, jak dowiedział się o swojej bratanicy. Sakurze było przykro z tego powodu. Nie rozumiała, jak można nie lubić dzieci. Z początku próbowała nakłonić Sasuke do zmiany decyzji, ale ten słysząc niewygodny dla siebie temat, burczał pod nosem i wychodził z domu, by wrócić późnym wieczorem. Dziewczyna bardzo kochała Uchihę, lecz bała się, że ich związek nie przetrwa.
  Pobiegła na skróty, ale i tak dotarła dopiero do domu swojego byłego nauczyciela dopiero po piętnastu minutach. Zapukała. Otworzył  jej Sora. Po raz kolejny uderzyło ją to, jak bardzo jest podobny do Kakashi'ego. Obaj byli identycznego wzrostu, obaj mieli te same siwe, nastroszone włosy. I obaj mieli ten sam szczery i ciepły uśmiech. Poczuła, że się rumieni. Sora był bardzo przystojnym mężczyzną. Jeżeli sensei ukrywa równie nieziemską twarz, nie dziwię się, że Hanare za niego wyszła. Odwróciła wzrok, a potem weszła do domu i skierowała się do kuchni. Gdy zobaczyła Kakashi'ego, domyśliła się, że jest gorzej niż się spodziewała. Po krótkiej rozmowie z nim, udała się do sypialni dziewczynki. Yuki leżała nieprzytomna na łóżku, oddychając ciężko. Sakura widząc to, stwierdziła, że ma połamane co najmniej dwa żebra. Na sam widok chciało jej się płakać.
  Podeszła do łóżka i skupiła w dłoniach czakrę, po czym dotknęła klatki piersiowej dziecka. Jej przypuszczenia potwierdziły się. Z ulgą przyjęła fakt, że narządy wewnętrzne nie zostały uszkodzone. Jednak gdy zamierzała zbadać jej czaszkę, coś przykuło jej uwagę. Jak mogła nie zauważyć czegoś takiego?! Przecież była lekarzem! Sakura przeklęła w duchu.
  Plama krwi na poduszce stawała się z każdą chwilą coraz większa.
  Delikatnie dotknęła głowy dziewczynki. Kości czaszki na potylicy ustąpiły pod jej lekkim naciskiem.
- Cholera jasna... - zaklęła - Kto ci to, do diabła, zrobił?
  Nie czekając na nikogo, wzięła ostrożnie dziewczynkę na ręce i zeszła po schodach. Głowa Yuki podrygiwała przy każdym kroku. Spostrzegła pytający wzrok Kakashi'ego. Bezgłośnie dała mu znać, że zabiera małą do szpitala. Hatake nie czekając długo, wyszedł za nią na zalaną wieczornym słońcem Konohę.

~ Kakashi ~

  Z Yuki naprawdę było źle, jednak nie miałem pojęcia, że tak bardzo. Zrozumiałem, że Suko naprawdę się nie oszczędzała.
  Moja córka błyskawicznie trafiła pod opiekę Tsunade. Usiadłem ciężko na krześle i wyciągnąłem przed siebie nogi. Zamknąłem oczy i odetchnąłem głęboko. Martwiłem się o Yuki. Była przecież taka mała i krucha... Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby... 
  W tym samym momencie usłyszałem skrzypienie krzesła. Podniosłem powieki. Obok mnie siedziała Sakura. Przycisnęła palce do skroni i odetchnęła.
- Tsunade - sama robi wszystko, co w jej moct. Niedługo powinna przyjść i dać nam znać.
  Po jej słowach nastąpiła cisza. Po jakiejś godzinie bezczynnego siedzenia wstałem i przeciągnąłem się. Strzyknęło w plecach. Przeszedłem parę kroków. Nagle usłyszałem stukot obcasów na korytarzu. Odwróciłem się. Zza zakrętu wyszła Tsunade. Z wyrazu jej twarzy nic nie można było odczytać. Kobieta po paru chwilach znalazła się przy nas i powiedziała:
- Przynieśliście ją w ostatniej chwili. Jeszcze parę minut, a doszłoby do uszkodzenia mózgu, Kakashi.
  Przeszedł mnie zimny dreszcz. Yuki mogła umrzeć.
- Kakashi... Tylko się nie denerwuj... - powiedziała cicho Tsunade - Odpowiedz mi szczerze na to pytanie. Czy... Czy Yuki padła może ofiarą przemocy w waszym domu?
  Zakręciło mi się w głowie. Czy ona zwariowała?
- Tsunade... Ty chyba nie mówisz poważnie?! Wiesz przecież, że nigdy bym nie skrzywdził własnego dziecka!
- Wiedziałam, że się wściekniesz... - pokręciła głową - Pytam czysto profilaktycznie. Yuki ma mnóstwo siniaków na ciele.
- Rozumiem - odparłem.
- Jeżeli tak, zadam ci kolejne pytanie - zmrużyła oczy - Skoro Yuki nie padła ofiarą przemocy domowej, to w takim razie kto ją pobił?
  Odchrząknąłem głośno. Nie wiedziałem, czy mogę jej to powiedzieć. W końcu to była sprawa między moją rodziną a klanem Yamada. No ale z drugiej strony powinna wiedzieć, że moja córka padła ofiarą koleżanki z klasy, która z czystej zazdrości postanowiła się zemścić. Przygryzłem wargę. Jasna cholera, tu naprawdę chodziło o najzwyklejszą sprawiedliwość!
- Wiesz, Tsunade, to trochę skomplikowana sprawa...
  Kobieta posłała mi pytające spojrzenie, założyła ręce na swojej obfitej piersi.
- Na pewno znasz klan Yamada.
  Prychnęła w odpowiedzi.
- Oczywiście, że znam. Tak się składa, że jeden z członków tego klanu pracuje w tym szpitalu - Tsunade jako ordynator musiała o wszystkim wiedzieć.
- Kto? Eizo?
  Pokręciła głową.
- Nie - wzięła głęboki oddech - Jego żona. Od razu muszę ci wyznać, że nie znam nikogo innego, kto tak jak ona wynajduje problemy na siłę i wszczyna kłótnie. 
- Ich najmłodsza córka zaatakowała w lesie Yuki. Na szczęście znalazł ją Karasu Hyūga.
- Masz na myśli tę małą z czerwonymi włosami? Wydaje się całkiem miła, ale skoro twierdzisz, że ją pobiła... Zaczynam mieć wątpliwości. Myślałam, że chociaż ona jest w porządku, myliłam się - pokręciła głową - Tylko co zamierzasz z tym zrobić?
- Jak to co? Wymierzyć sprawiedliwość - powiedziałem, mrużąc oczy - Mam już nawet plan.

~ Sakura ~

  Dziewczyna późnym popołudniem wróciła do mieszkania, które dzieliła razem z Sasuke. Po kilkunastu minutach stanęła przed drzwiami i wyjęła klucz z jednej z kieszeni kamizelki. Wsunęła srebrny kawałek metalu w zamek, chcąc go przekręcić. W tej samej chwili ktoś otworzył drzwi. Sakura ujrzała swojego ukochanego. Nie miał zadowolonej miny. Mało tego. Był wściekły. Chłopak chwycił ją za ramię i siłą wciągnął do domu. Dziewczyna szarpnęła się, ale Uchiha tylko mocniej zacisnął palce na jej łokciu.
- Sasuke, co cię ugryzło? - zapytała.
  Zacisnął zęby i palce. Sakura pisnęła z bólu. Rzucił ją na kanapę, a ona uderzyła głową w oparcie. Sasuke pochylił się nad nią. 
- Gdzie byłaś, do cholery?! - krzyknął - Gadaj!
- Jak to gdzie? W pracy! - wrzasnęła.
- Akurat wtedy, gdy nie miałaś dyżuru?
- Yuki... - zaczęła.
- A ty znów o tym cholernym bachorze... Przyznaj się, masz kogoś.
- Nie! Zwariowałeś? - próbowała wstać, ale Sasuke odepchnął ją. Zacisnął palce swojej prawej dłoni tak mocno, aż krew kapała na podłogę.
- Ale wiesz co? Nie odpowiadaj, nie interesuje mnie to. Najgorsze jest jednak to, że myślałem, że cię kocham. Myliłem się. A ty, głupia, uparłaś się na dziecko, a dobrze wiesz, że nienawidzę bachorów! I w związku z tym znalazłaś sobie faceta!
- Rany boskie, czemu jesteś taki głupi?!
- Zamknij się, zdziro i wypieprzaj z mojego domu!
  Sakura po raz pierwszy w życiu usłyszała takie słowa. I to w dodatku z ust Sasuke. Poderwała się i uderzyła chłopaka w twarz, po czym wybiegła z mieszkania. Pędziła przed siebie, nie oglądając się. Łzy spadały na ziemię i jej ubranie. Nigdy nie została tak skrzywdzona. Nikt nigdy nie nazwał ją dziwką...
  Do tej pory myślała, że kocha Sasuke, lecz w tym momencie zrozumiała, że ten chłopak nigdy nie był wart jej wysiłków. Jaka ja byłam głupia! Naruto miał rację. Sasuke to zadufany w sobie gnojek. Za to Sora... Tak, młody Hatake zawsze był dla niej miły. Dziewczyna od lat wiedziała, że mu się podoba. Jednak dopiero teraz stwierdziła, ze młody mężczyzna jest o wiele przystojniejszy od Sasuke. Sora przynajmniej ją szanował.
  W tym samym momencie dotarła do parku i usiadła na ławce. Łzy cały czas kapały na ziemię. Zakryła twarz dłońmi, by ukryć płacz. Nie chciała, by ktoś to widział. 
  Nagle usłyszała obok siebie charakterystyczny głos:
- Hej, Sakura!
  Odwróciła się raptownie. Za nią stał Sora Hatake. Na sam jego widok uśmiechnęła się. Młody mężczyzna usiadł obok niej. Kiedy zauważył łzy na jej twarzy, zmartwił się. Nikomu tego nie wyznał, ale kochał Sakurę szczerą, prawdziwą miłością.
- Co się stało, Różowa? Czemu płaczesz? - dotknął jej policzka. Dziewczyna poczuła łaskotanie w brzuchu.
- Sasuke... Sasuke nazwał mnie zdzirą i wyrzucił z domu - spuściła głowę.
- CO? - wiedziała, że zacisnął zęby. - Pieprzony dupek...
  Pokiwała głową. Teraz zrozumiała wszystko.
- Muszę ci podziękować, Sora. Uświadomiłeś mi prawdę - dziewczyna zrobiła coś, czego ani ona, ani on się nie spodziewali. Przysunęła się do niego, chwyciła w dłonie jego twarz i wycisnęła na ustach Sory czuły pocałunek. Po wszystkim przytuliła się do niego. Hatake nie wiedział, jak ma zareagować. Był zaskoczony reakcją Sakury, ale podobało mu się to, co przed chwilą zrobiła. Kochał Sakurę od dawna, ale dopiero teraz zorientował się, jak bardzo. Wiedział, że różowowłosa była nieszczęśliwa z Sasuke, lecz zawsze temu zaprzeczała, gdy Sora poruszał ten temat. Młody mężczyzna nie mógł na to patrzeć. Serce mu pękało na ten widok.
- Sakura, muszę ci coś powiedzieć... - musiał wyznać dziewczynie, co do niej czuje. Młoda kunoichi była dla niego całym światem. Dziewczyna spojrzała na niego i uśmiechnęła się słabo.
- Nie kończ. Wiem, że ci się podobam - szepnęła - Od dawna wiem. Chodzi mi o to, że dzięki tobie zrozumiałam, że Sasuke był jedną wielką pomyłką - imię Uchihy wypowiedziała ze wstrętem - Ty zawsze starałeś się bronić, wspierać, po prostu być przy mnie. Zawsze mogłam na ciebie liczyć. Jesteś jednym z moich najlepszych przyjaciół. A w związku przecież ważne jest zaufanie, dlatego pomyślałam sobie, że... że może warto byłoby spróbować?
  Młody mężczyzna uśmiechnął się.
- Wiesz, że nigdy cię nie skrzywdzę. Oddam za ciebie życie, jeśli będzie trzeba.
- Sora...
  Nie odpowiedział. Przytulił ją, całując ją w czoło. 

~ Kakashi ~

  Szedłem właśnie do archiwum. Jeżeli nie znajdę tego, czego szukam, to z mojego planu nici. W budynku Archiwum Konoha było aż za cicho. Nie było słychać ani buczenia lamp, ani odgłosu moich stóp na podłodze. Nagle na obu ścianach zapaliły się pochodnie, a przede mną pojawiły się ogromne dębowe drzwi w kolorze zakrzepłej krwi. Gdy tylko przed nimi stanąłem, otworzyły się i wszedłem do środka. Pomieszczenie, które się za nimi znajdowało zapełniały oszklone podświetlone regały, w których znajdowały się księgi, zwoje i teczki z aktami shinobi Konohagakure. Z marszu skierowałem się do segmentu oznaczonego literą "Y". Przy jednym z regałów stała drabina. Wspiąłem się na nią i odepchnąłem. Gdy znalazłem interesujące mnie nazwisko, uśmiechnąłem się. Zdjąłem jedną z teczek i rozwiązałem sznurki. Zacząłem czytać akta Eizo Yamady. Na samym wstępie niczego nie można było wywnioskować. Przerzuciłem stronę, a wtedy mnie wmurowało. Dlaczego ani ja, ani Trzeci nic o tym nie wiedzieliśmy? Przecież to była zdrada! Eizo Yamada ujawniał informacje o naszej wiosce wrogom.
  Zawiązałem teczkę i wsunąłem ją pod płaszcz Hokage. Nikt niepowołany nie mógł się o tym dowiedzieć. Choćby mnie to kosztowało życie.
  Czym prędzej wyszedłem z Archiwum i udałem się do domu, by przeanalizować dokumenty. Przez Eizo Yamadę groziła nam kolejna wojna. 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dedykacja jak zwykle dla: Dżeli, Natki, Mayi, Sweetheart, Ruminina, Blanki i Akari.
Nie mam pomysłu na podsumowanie :)

3/28/2014

25. Oszukać śmierć.



Z początku nikt nie reagował, ale po chwili wujek Minato i Naruto podnieśli ojca i bez słowa wynieśli go z domu. Mama, Hana i ja zostałyśmy same. Przez chwilę było tylko słychać donośny płacz Kazukiego. By uspokoić brata, wzięłam go na ręce i przytuliłam.
  Mama zaczęła płakać, Hana pocieszała ją, przytulając i mówiąc ciepłe słowa.
- Hanare, wszystko będzie dobrze, Kakashi’emu nic nie będzie -  mówiła, ale w jej zielonych oczach czaił się smutek. – Po prostu był przemęczony.
  Nawet nie zauważyłam, kiedy po twarzy zaczęły spływać mi łzy. Czy z ojcem wszystko w porządku? Miałam nadzieję, że nic mu nie będzie.
  Wzrok jeszcze bardziej mi się zamglił. Potrząsnęłam głową. Powinnam być twarda… Ale na miłość boską! Tu chodziło o mojego ojca!
  Kazuki płakał coraz głośniej; nie mogłam go uspokoić. Tacie nic nie będzie. Przecież ktoś taki jak on nie może umrzeć, prawda? Próbowałam sobie wmówić, że wszystko jest w porządku, jednak prawdziwe odczucia dawały o sobie znać. W gardle miałam wielką gulę. Musiałam użyć całej siły woli, by ni wybuchnąć spazmatycznym szlochem. Moje oczy nie słuchały mózgu, ponieważ bez przerwy sączyły się z nich słone krople, które jedna po drugiej kapały na kanapę.
  Zaczęłam wyobrażać sobie, co by było, gdyby mój ojciec umarł: mama trzymająca na rękach Kazuki’ego, spoglądająca opuchniętymi od łez oczami w dół, gdzie czarna drewniana trumna z ciałem taty zostaje przysypywana powoli piaskiem, ja płacząca co noc w poduszkę i wzywającą ojca, Kazuki nie mający pojęcia, co się stało, mama w depresji, ja opiekująca się bratem po śmierci rodziców… Nie, to się nie może stać! Po prostu nie może! Nie pozwolę ojcu umrzeć!
  Nie wytrzymałam, pochyliłam się w przód i wybuchnęła płaczem. Mój pełen rozpaczy głos niósł się echem po domu wujka Minato.
  Słyszałam przeciągły szloch mamy. Przez łzy zauważyłam, jak słone krople spływają po twarzy Hany.

~ Minato ~

  Popołudnie naprawdę zapowiadało się wyśmienicie. Słońce grzało mocno, ptaki ćwierkały. Ogólnie dzień był wyśmienity i nie zanosiło się na to, że coś się stanie. Ale jak to zwykle bywa, wszystko musiało pójść nie tak. I oczywiście musiało się to wydarzyć podczas obiadu, jakżeby inaczej…
  Z początku wszyscy siedzieliśmy przy stole, opowiadając śmieszne historie, gdy nagle mojemu byłemu uczniowi wypłynęła z ucha stróżka krwi. Od dawna martwiłem się o Kakashi’ego, ale nigdy bym nie przypuszczał, że jest z nim aż tak źle. Myślałem, że był tylko przemęczony… Odrzuciłem od siebie te myśli zaraz po tym, jak Kakashi upadł na podłogę, tracąc przytomność. Z początku nie wiedziałem, co robić, jednak po chwili otrząsnąłem się z otępienia i z pomocą Naruto podniosłem Hatake. Bez słowa wyszliśmy z domu, trzymając za ramiona mężczyznę. Możliwie jak najszybciej dotarliśmy do szpitala. Gdy tylko przekroczyliśmy próg budynku, przy nas pojawili się sanitariusze. Zaprowadzili nas do gabinetu Tsunade. Sanninka jak tylko nas zobaczyła, krzyknęła, ale szybko odzyskała zimną krew. Kazała położyć Kakashi’ego  na stole znajdującym się w pomieszczeniu. Kobieta zaczęła badanie od głowy, a dokładniej od oczu. Uniosła powiekę prawego oka mężczyzny i zaświeciła latareczką, którą trzymała w dłoni w źrenicę. Nie zareagowała. Przygryzłem wargę. To nie wróżyło nic dobrego. Tsunade jednak nie tego szukała. Pochyliła się nad twarzą Kakashi’ego i spojrzała w głąb jego oka. Podbródek jej zadrżał. Oczy rozszerzyły się i Tsunade ponownie krzyknęła:
- Do zabiegowego, szybko! – obejrzała się na mnie i Naruto. Serce zamarło mi w piersi. Kakashi umierał. Wyczytałem to w jej spojrzeniu.
  Tsunade nie powiedziała mi nic więcej, tylko wyszła z gabinetu, trzaskając drzwiami. Słyszałem tylko stukot obcasów na korytarzu.

~ Yuki ~

  Pociągałam nosem, idąc w kierunku szpitala. W dłoni trzymałam żonkila, którego kupiłam w kwiaciarni Yamanaka. Zacisnęłam palce na łodyżce. Przygryzłam wargę. Starałam się nie uronić ani jednej łzy, jednak było to bardzo trudne ze względu na to, jak się czułam. A czułam się podle. Oczy miałam opuchnięte od płaczu. Wiedziałam, że mieszkańcy wioski przypatrują mi się, ale ja o to nie dbałam. Nie obchodzili mnie w tym momencie.
  Spuściłam głowę, kopnęłam kamyk leżący przede mną. Nawet ty mnie nie powstrzymasz, durna skało, pomyślałam. Nic nie powstrzyma mnie przed uratowaniem ojca.
  Mocniej zacisnęłam palce na kwiecie, biegnąc przed siebie. Nawet nie zauważyłam, jak dotarłam do szpitala. Spojrzałam na budynek, na jego posępne okna. Zadrżałam. Nie wiedziałam dlaczego, ale bałam się tam wejść. Niechętnie przestąpiłam krok naprzód i wolno podeszłam do drzwi, które otworzyłam. Weszłam do środka. Wszędzie biel i biel. Można było zwariować. Biała podłoga, białe ściany, nawet białe krzesła w poczekalni! Chciałam stąd uciec, ale nie mogłam, ojciec mnie potrzebował. Na drżących nogach podeszłam do recepcji. Młoda pielęgniarka o długich czarnych włosach posłała mi olśniewająco biały uśmiech.
- W czym mogę pomóc, malutka? – zapytała, cały czas się szczerząc. Z czego się tak cieszysz, kobieto, pomyślałam, może mój ojciec umiera na jednej z sal, a ty się do mnie szczerzysz?! Milczałam, patrząc zmrużonymi od światła oczami w twarz pielęgniarki.
- Szukam ojca – burknęłam – Nazywa się Kakashi Hatake.
  Pielęgniarka wybałuszyła na mnie oczy. Miałam ochotę powiedzieć jej coś nieprzyjemnego, ale uznałam, że byłoby to nie na miejscu.
- Gdzie go znajdę?
- Trzecie piętro, tylko że… - nie słuchałam jej, poszłam w kierunku schodów. – Ale tam nie można wchodzić, Hatake-sama! To oddział chirurgiczny!
  Zatrzymałam się raptownie. Oddział chirurgiczny? Jak to? Czyli z moim ojcem było tak źle, że musieli go operować?
  Zadrżałam, a wtedy łzy popłynęły na nowo. Wypuściłam kwiat z rąk i ukryłam twarz w dłoniach. Ramiona unosiły się w spazmatycznym szlochu. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Ktoś obrócił mnie w swoją stronę. Rozpoznałam wujka Minato. W oczach miał łzy i był strasznie blady. Usta zaciśnięte miał zaciśnięte w wąską szparkę. Zerknęłam na Naruto. Wydawało mi się, że był w jeszcze gorszym stanie. Doskonale wiedziałam, jak bliski był dla niego mój ojciec. Nim wujek Minato pojawił się w wiosce, Naruto mógł zaufać tylko mojemu tacie. A teraz co? Uzumaki bał się, że straci jednego z najlepszych przyjaciół.
  Starszy z mężczyzn przytulił mnie mocno.
- Nie… Nie chcę, by… tatuś umarł… - zawyłam, mocząc kamizelkę jounina wujka Minato. Namikaze pogłaskał mnie po włosach jeszcze bardziej.

~Tsunade~

  Miałam złe przeczucia. Od samego rana wiedziałam, że coś się stanie. Zaczęło się od wygranej na loterii. Jeżeli wygrywałam, zawsze działo się coś niedobrego. Potem zabrakło sake. Na koniec zaś wszystko się pogmatwało. Minato i Naruto wpadli do mojego gabinetu z nieprzytomnym Kakashim. Wahałam się tylko przez moment, widziałam, że z Hatake jest źle, nawet bardzo. Z kącika prawego ucha sączyła się krew. Mężczyzna był śmiertelnie blady. Na mój rozkaz położyli go na stole. Z szafki wyjęłam latarkę i podeszłam do nieprzytomnego mężczyzny. Ujęłam jego głowę w dłonie, skupiłam czakrę. Nie wyczułam nic niepokojącego, ale to nie przesądzało o niczym. Włączyłam latareczkę i zaświeciłam w oko. Nic się nie stało. Pochyliłam się i zajrzałam w tęczówkę i źrenicę mężczyzny. To co tam zobaczyłam, odebrało mi dech. Kakashi’ego dzieliły minuty, jeśli nie sekundy od śmierci.
  Dwaj sanitariusze unieśli mężczyznę i wyszli z pomieszczenia. Na odchodnym obejrzałam się jeszcze na Minato i Naruto. Bezgłośnie przekazałam im wiadomość, że z ich przyjacielem nie jest zbyt dobrze. Wychodząc, trzasnęłam drzwiami, pozostawiając tę dwójkę samych.

~*~
  Zebrałam wszystkich najlepszych lekarzy Konoha. Ubrana w biały fartuch, mając założone długie niebieskie rękawice z lateksu, przygotowywałam się do operacji. Na środku sali operacyjnej stał stół, na którym leżał Kakashi przykryty zielonym prześcieradłem oraz podłączony do respiratora. Ta operacja była jedną z najtrudniejszych, jakie musiałam kiedykolwiek przeprowadzać. Wystarczył jeden najdrobniejszy błąd, by Kakashi Hatake, Piąty Hokage Konohagakure pożegnał się z życiem. Jeżeli ktoś, ktokolwiek nawali… to będzie koniec.
  Stanęłam przed stołem. Musisz przeżyć, Kakashi. Nie daruję sobie, jeżeli umrzesz, pomyślałam.
  Do ręki wzięłam skalpel i wykonałam pierwsze cięcie. Pociekła krew, ale to było całkowicie normalne. Odłożyłam skalpel na bok, a do ręki wzięłam trepan*, po czym włączyłam go. Rozległ się zgrzyt kruszonej kości. Wokół latał pył – pozostałość po wierceniu. Otworzyłam czaszkę mężczyzny. Na pierwszy rzut oka mózg wyglądał prawidłowo, ale to były tylko pozory. Gdy przyjrzało się dokładniej, można było dostrzec rozległą plamę krwi, która znaczyła płat ciemieniowy. Było gorzej niż się spodziewałam. Tętniak pękł. Zaklęłam pod nosem. Nie, Tsunade, uspokój się, nie możesz panikować. Jedyny plus tej całej sytuacji był taki, że krwawienie ustało. Żeby uratować Kakashi’ego, musiałam założyć specjalny klips na tętnicę, w której powstał tętniak. Dzięki temu zmniejszyło się ryzyko ponownego wylewu.
  W pewnym momencie wszystko poszło nie tak. Respirator, do którego podłączony był Kakashi, przestał pikać.
- Tracimy go! – krzyknęłam. Błyskawicznie znalazłam się przy klatce piersiowej mężczyzny. Odgarnęłam prześcieradło, po czym zaczęłam ją uciskać. Wykonałam trzydzieści uciśnięć. Potem nastąpiły dwa wdechy. Nadal nic. Maszyna ciągle wydawała przeciągły pisk. Zerknęłam na nią. Zielona pozioma linia biegła przez całą długość wyświetlacza. Człowieku, nie umieraj! Nie możesz zostawić Yuki, Kazukiego, Hanare, przemknęło mi przez głowę. Kakashi, żyj, nie rób nam tego, do diabła!
  Ponowiłam akcję ratowniczą. Kolejne trzydzieści uciśnięć, kolejne dwa wdechy. Czas się zatrzymał. Byłam tylko ja i trup leżący przede mną. Nie mogłam się poddać, ale wiedziałam, że niedługo zbraknie mi sił.

~*~

  Przywrócenie Kakashi’ego do życia trwało już prawie godzinę. Westchnęłam ciężko. To nie miało sensu. Chciałam ożywić człowieka, który od dawna był martwy Opuściłam ręce i spojrzałam na siną twarz trzydziestoletniego mężczyzny. Spojrzałam na twarz wzorowego męża, na twarz jednego z najlepszych shinobi na świecie. Patrzyłam na martwego Kakashi’ego Hatake.
- Tsunade – sama… - usłyszałam głos mojego asystenta. Spojrzałam na niego – Nie mów, że…
- Odłącz aparaturę… - powiedziałam cicho. Do oczu cisnęły mi się łzy.
- Ale…
- Odłącz tę cholerną aparaturę! – krzyknęłam. Poczułam, jak słone krople spływają po mojej twarzy, by w końcu zatrzymać się na zakrwawionych rękawicach. Zaniosłam się szlochem. Może to się wydać dziwne, ale Kakashi był dla mnie jak syn. Syn, którego nigdy nie miałam.
  Piszczenie respiratora ustało. W sali operacyjnej zapanowała cisza.
- Co powiemy rodzinie? – zapytał asystent, patrząc na mnie z powątpieniem.
- Prawdę – odparłam, po czym zakryłam twarz umarłego. Asystent  wyciągnął długopis. – Czas zgonu 14:40.
  Pozostali obecni na sali przenieśli ciało na łóżko i zawieźli je do kostnicy. Powtórnie westchnęłam. Najgorsze miało się dopiero wydarzyć.


~Minato~

   Czekaliśmy w poczekalni, nie zwracając uwagi na personel szpitala. Naruto przestępował z nogi na nogę. Pocieszał Yuki, ale dziewczynka cały czas płakała. Zerknąłem na zegar wiszący na korytarzu. Od rozpoczęcia operacji minęły dwie godziny. Przez ten czas nikt  do nas nie przychodził, by poinformować o stanie mojego byłego ucznia. Nagle przy nas pojawiła się Tsunade. Niczego nie można było wyczytać z jej twarzy. Kobieta posłała mi smutne spojrzenie. Nie musiałem się domyślać, co się stało. Naruto widocznie też zrozumiał przekaz Tsunade, bo odezwał się do Yuki:
- Może pójdziemy się przejść?
Dziewczynka bez entuzjazmu pokiwała głową. Po tym mój syn odszedł razem z Yuki. Gdy tylko zostaliśmy sami, Tsunade położyła mi dłoń na ramieniu, ściskając je lekko.
- Tak bardzo mi przykro, Minato. Próbowałam go uratować, ale… nie udało mi się.
- Rozumiem. Jednak w tej chwili najważniejsi są Hanare i dzieci. Musimy wytłumaczyć, co się stało. Ma nadzieję, że dasz radę to zrobić, bo ja nie jestem w stanie. – powiedziała, po czym się oddaliła.
  Powlokłem  się do wyjścia ze szpitala. Przed bramą stał Naruto wraz z Yuki, Hanare, Haną oraz Hinatą i Sorą. Moja narzeczona trzymała na rękach synka Kakashi’ego, ponieważ żona mojego byłego ucznia była zbyt roztrzęsiona, aby utrzymać dziecko.
  Zbliżałem się do nich powolnym krokiem. Nie wiedziałem, jak im to wszystko powiedzieć. Najbardziej bałem się reakcji Hanare. Nie od dziś było wiadomo, że kochała Kakashi’ego jak nikogo innego na świecie. Dobrze wiedziałem, że oddałaby życie za mojego byłego ucznia.
  Zatrzymałem się przed nimi. Hanare złapała mnie za kamizelkę i potrząsnęła mocno, wrzeszcząc:
- Co z moim mężem, Minato?! Mów, co z Kakashim!
  Odwróciłem się. Nie mogłem patrzeć na jej smutną twarz. Kobieta potrząsnęła głową. Z oczu na nowo płynęły łzy. Biła mnie po piersi, po czym osunęła się na ziemię, kiwając się w przód i w tył. Yuki krzyknęła  głośno, a potem wyrwała się Naruto i pobiegła przed siebie.
- Yuki! Wracaj! – krzyknął Naruto, jednak dziewczynka się nie zatrzymała.
  Nie zastanawiając się, kazałem synowi i Hiacie poszukać Yuki. Hana, Sora i ja zostaliśmy sami. Hanare szlochała głośno. Brat Kakashi’ego uniósł kobietę i wziął  ją pod ramię. Wróciliśmy do szpitala. Tsunade podpisywała jakieś papiery przy ladzie w recepcji. Hanare usiadła ciężko na krześle. Sanninka zauważyła nas i podeszła. Położyłam rękę na ramieniu młodszej do młodszej i ścisnęła je.
- Bardzo mi przykro, moja droga. Gdybym tylko mogła cofnąć czas…
Hanare strąciła rękę Ślimaczej Księżniczki. Sora podskoczył do Tsunade i złapał ją za poły fartucha. Krzyknął tak głośno, że od razu zrobiło się cicho.
- Co z ciebie za lekarz, do cholery?! Co z ciebie za lekarz, skoro nie potrafisz leczyć ludzi?! Mój brat nie żyje! – szarpnął kobietą.
- Też się zastanawiam… - odparła Tsunade, nie patrząc na niego.
  Sora odepchnął kobietę, a potem wybiegł ze szpitala. Z Hanare było coraz gorzej. Właśnie próbowała się wyrwać dwóm sanitariuszom i poszukać leków, by mogła się zabić. Na szczęście pojawiła się Sakura, która dowiedziała się o całej sytuacji. Dziewczyna miała nietęgą minę. W jej zielonych oczach widniały łzy. W dłoni trzymała strzykawkę z przezroczystym płynem. Podeszła do Hanare i wstrzyknęła jej ukradkiem substancję. Hanare osunęła się. Ledwo zdążyłem ją złapać. Zanieśli kobietę na salę obserwacji. Złapałem Hanę za rękę, a ona położyła głowę na moim ramieniu. Usłyszałem jak płacze.


~Kakashi~

 
  Ciemność. Nic, tylko ciemna otchłań. Czy ja umarłem? Ale przecież nawet nie poczułem. Może umieranie polega na tym, że się nic nie czuje? I gdzie się trafiało po śmierci? Nie wierzyłem, że istniał jakiś Raj, czy coś w tym rodzaju. Bardziej prawdopodobne była reinkarnacja, choć też w to nie wierzyłem. Ogólnie rzecz biorąc nie było religii, w którą bym wierzył. Wszystko zmieniło się po śmierci ojca. No właśnie, ojciec. Ciekawe, gdzie przebywał? Może w końcu trafił do miejsca, w którym będzie szczęśliwy? Ja na to nie liczyłem. Nie byłem taki wspaniały jak mój ojciec. Nie miałem szans na to, że trafię w przyzwoite miejsce. To było po prostu niemożliwe.
  Nagle w ciemności ujrzałem światło. Nie wiadomo nawet jak, ale zdołałem zrobić krok w tamtym kierunku. Przyspieszyłem. Światło zbliżało się. Pobiegłem przed siebie. Blask z każdą sekundą był coraz bliżej. Po paru minutach (a może godzinach) zatrzymałem się. Przed sobą miałem ognisko. Na kamieniu przed nim ktoś siedział. Nie rozpoznawałem tej osoby. Nagle odwróciła się. Rozpoznałem mojego ojca, który uśmiechał się do mnie.
- Długo na ciebie czekałem, synku – powiedział.
- Ta – tato… - wyjąkałem. Przez tyle lat tęskniłem za nim. Tak bardzo mi go brakowało.
  Usiadłem przy nim. Ojciec spojrzał na roztańczone płomienie. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Mężczyzna siedzący obok mnie umarł ponad dwadzieścia lat temu, a ja nie wiedziałem, co powiedzieć. Co za pochrzaniona logika, prawda?
- Czy ja umarłem? – zapytałem głupio. Znałem odpowiedź, ale widocznie chciałem się upewnić.
- To zależy – odparł mój ojciec, ciskając w ognisko kamyczek. Płomienie zasyczały i wyżej wzbiły się w przestrzeń.
- Co znaczy „zależy”? Albo umarłem, albo nie, proste – mruknąłem, marszcząc czoło.
- Dostałeś możliwość wyboru, jakiego ja nie miałem, Kakashi. Pytanie tylko, czy to wykorzystasz. Możesz pogodzić się ze swoją śmiercią, ale możesz też ją odrzucić – ponownie się do mnie uśmiechnął. Nic z tego nie rozumiałem. Jak można odrzucić śmierć?
- Nie rozumiem. – przyjrzałem się ojcu uważniej.
- Pomyśl, synku. To nie jest wcale takie trudne, jak się na początku wydaje – podpowiedział, choć ja nadal nic nie rozumiałem.
- Nadal nie rozumiem. Gdyby możliwe było odrzucenie śmierci, czy wszyscy shinobi, którzy zginęli, nie powróciliby do świata żywych? – zapytałem.
Ojciec roześmiał się. Załapał się nawet za brzuch.
- Nie. Aż tak to nie działa. Otóż możliwość odrzucenia śmierci dostają tylko najbardziej wartościowe osoby, Kakashi.
- W takim razie, czemu ja a nie ty?
- Bo ja nie jestem aż tak dobrym człowiekiem. Prawdę mówiąc bardzo daleko mi do ciebie. Ale przejdźmy do rzeczy. Co jest dla ciebie najważniejsze?
  Uniosłem brwi. Co jest dla mnie najważniejsze? Skąd to pytanie?
- No jak to co, tato… Rodzina, żona, dzieci, wioska… wszystko związane z Konoha.
- W takim razie trzymaj się tego – mówiąc to, wstał i otrzepał się z ziemi. Potargał mi włosy i odszedł. Zawołałem za nim:
- Tato! – odwróciłem wzrok – Mam nadzieję, że… że spotkasz mamę. Gdyby to się stało, powiedz jej, że bardzo ją kocham, dobrze? Przekażesz jej to?
Odwrócił się, po czym uśmiechnął.
- Oczywiście, że przekażę. – powoli zagłębiał się w ciemność, jego głos stawał się coraz bardziej stłumiony. – I pamiętaj, synku, że cię kocham.
  Po tych słowach rozpłynął się w mroku.
- Tato! – krzyknąłem, jednak nikt mi nie odpowiedział. Zostałem sam. – Ja też cię kocham.

  Zacząłem rozmyślać o tym, co powiedział mój ojciec. Mam się trzymać tego, co jest dla mnie najważniejsze… a może zdołam oszukać śmierć… No tak, ale ja jestem głupi!
  Natychmiast przywołałem wspomnienia. Narodziny Yuki, jej pierwsze słowa i kroki, wieść, że będę miał kolejne dziecko, przyjście Kazukiego na świat, obserwowanie, jak dzieci dorastają, ciepło i bliskość Hanare…
  Nagle poczułem szarpnięcie w okolicach pępka. Spojrzałem na swoje ręce. Ich kontury rozmazywały się. Nie, pomyślałem, nie chcę, chcę wrócić! W następnej chwili zostałem pociągnięty w górę. Miałem wrażenie, że jakaś siła rozciąga moje ciało tak mocno, aż miałem wrażenie, że pęknie na milion kawałeczków. Potem wszystko się skończyło.

  Otworzyłem oczy, spazmatycznie łapiąc oddech. Rozejrzałem się. Znajdowałem się w pomieszczeniu pełnym… trupów. Kostnica. A więc naprawdę byłem martwy. Spróbowałem poruszyć rękoma. Udało się. Próbowałem przełknąć ślinę, ale gardło miałem wyschnięte na wiór. Mimo to krzyknąłem:
- Pomocy!
  Mój głos zabrzmiał jednak słabo. Odchrząknąłem i wrzasnąłem raz jeszcze, tym razem o wiele głośniej.
- POMOCY!
Po chwili usłyszałem stukot butów na korytarzu. Drzwi od kostnicy otworzyły się. W progu stanęła Tsunade, która o mało co się nie przewróciła na mój widok.
- Niemożliwe…
- Dzień dobry – przywitałem się – Może mnie ktoś wreszcie stąd wypuścić?


  Moja rodzina jak tylko dowiedziała się, że powróciłem do życia, z początku nie mogła w to uwierzyć, jednak po chwili ogarnęła ich radość tak wielka, że prawdopodobnie w całym Kraju Ognia słychać było wrzask Sory, Yuki, którą uprzednio znaleźli nad brzegiem strumienia Naruto i Hinatą, płacz mojej ukochanej, która trzymając mnie za rękę w sali obserwacji, szeptała czułe słówka. Nigdy nie widziałem jej tak szczęśliwej, choć z początku ochrzaniła mnie za to, jak mogłem tak zaniedbać swoje zdrowie: „ Ty idioto! Nigdy więcej nie rób mi takich rzeczy! Wiesz, co ja przeżywałam?” i tym podobne słowa. Na szczęście nic złego się e mną więcej nie działo i po dwóch tygodniach wypuścili mnie ze szpitala. Byłem jeszcze bardzo osłabiony, ale to nie było ważne. Ojciec miał rację. Trzeba się trzymać tego, co jest dla nas najważniejsze. W moim przypadku była to rodzina i wioska.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przyznam się bez bicia - płakałam, gdy pisałam ten rozdział. To chyba był jeden z najsmutniejszych, jeśli nie najsmutniejszy rozdział w całej historii. Nie lubię pisać takich notek, ale pomysł na historię wymyśliłam już dawno i teraz go dopracowuję.
A teraz kolejna sprawa: pod poprzednim rozdziałem były tylko dwa komentarze, choć wyświetlenia pokazują, że czytacie bloga. Jednak postanowiłam mieć dobre serce i wstawiłam rozdział mimo mizernej liczby komentarzy. Po przeczytaniu tej notki liczę na o wiele więcej - pamiętajcie, napisanie komentarza dużo czasu nie zajmuje, ale pomaga w rozwijaniu historii, która jak widać się Wam podoba. No cóż, dość narzekania. Ze względu na to, że pewna osoba ma dzisiaj urodziny, mianowicie Sakura, życzę jej wszystkiego najlepszego, bla, bla,bla. (Nie lubię jej, wielka przyjaciółka Naruto, która najpierw go bije, a potem wyznaje mu miłość... fuck logic, serious :/) Także zlitowałam się nad nią => dobroduszna Rani :D

Reklama

CREATED BY
Mayako